poniedziałek, 28 września 2015

All you need is pLOVE! (Przepis)

"Если где-то будет плов, узбек бы десять километров пешком."
тетя Гала                   

Beatlesi tez uwielbiali plov!
Wybaczcie, ze tak długo to trwało. Dzisiaj, wreszcie, będzie przepis na prawdziwie azjatyckie danie - plov. Potrawa pochodząca z Uzbekistanu, skąd rozprzestrzeniła się na cala Azję Środkową, a później cały Związek Radziecki (ale plov w moskiewskiej stołówce nijak się ma do tego prawdziwego). W sumie jest to danie banalnie proste (nawet przypraw prawie nie ma!), a jednak, aby smakowało naprawdę dobrze potrzebny jest prawdziwy kunszt. Mieliśmy okazje jeść plov w wielu miejscach i bywało tak, ze rozpływał się w ustach, a i tak, ze odechciewało się cokolwiek jeść. Ostatecznie plov w Ani rankingu spycha z drugiego miejsca cevapcici, natomiast w moim z tego samego miejsca spycha szopską sałatkę.

Najlepszy plov jaki jedliśmy. (W Biszkeku polecamy niepozorna restauracyjkę i piekarnie w jednym na rogu Gorky`ego i Oszskiej, a zaraz obok na Oszskiej 35 jest tez niezły "Hostel 35")
A ten był najgorszy.
Nie rewelacyjny, ale poprawny. A do tego czaj i orzeszki na deser!
Plov cioci Gali. Drobne kawałeczki wołowiny zdecydowanie na plus, do tego innowacja - twarde jabłko. Niestety wyszedł strasznie tłusty, ale i tak uwielbiamy kuchnie cioci Gali!
Przepis zdobyliśmy oczywiście na ten najlepszy!
Plov
Uwaga, po ponownej konsultacji poprawilismy przepis (ech, ten łamany rosyjski...)
Składniki:
  • 1/2 kg wołowiny
  • 1 kg marchwi
  • 3 duże cebule
  • 1 kg ryżu
  • sól, kmin
  • zielenina na wierzch
Przepis: Zaczynamy od pokrojenia marchwi w słupki (można tez zetrzeć na tarce), a cebuli w piórka. Na rozgrzany olej wrzucamy najpierw wołowinę pokrojoną na spore kawałki, a po 5 minutach dorzucamy marchew. Po 15 minutach dodajemy cebulę i smażymy jeszcze 10 minut. Zalewamy wodą "2 centymetry ponad mięso" i dosajemy ryż. Gotujemy do miękkości, ale nie rozgotowania. Doprawiamy solą i kminem i chwile jeszcze podgrzewamy tak, żeby ryż przeszedł smakiem. Przed podaniem wołowinę możemy pokroić na drobno, a całość posypać szczypiorem. Smacznego! 

I bardzo ważne! Plov należy zagryzać lepioszka i popijać czajem, co zaprezentuje Państwu Ania:
Plov, lepioszka, czaj i na dokładkę trochę zieleniny - tak powinien wyglądać każdy obiad.
Z tymi lepioszkami to jest w ogóle świetna sprawa - jedzą je tutaj do wszystkiego i to jest naprawdę dobre! Kirgiska lepioszka prosto z pieca ustępuje chyba tylko gruzińskiemu puri. Można ją maczać w zupie lub sosie, zebrać resztki smaku z talerza, albo po prostu przegryźć do czaju.
Tu powstaje lepioszka.
Te ciemne ślady to po lepioszcze przyklejanej do ścian pieca.
Jeszcze jedna ciekawostka - Kurut czyli bardzo twardy, słony i kwaśny ser w kulkach. Tradycyjna kirgiska przekąską.
P.S. Przypominamy o prowadzonej przez nas akcji Pocztówka z podróży!

Arslanbob - czyli o orzechowym gaju

Dawno, dawno temu Mahomet posłał swojego ogrodnika w podróż w poszukiwaniu raju na ziemi. Ogrodnik po powrocie oznajmil prorokowi, ze znalazl takie miejsce, otoczone gorami, oblewane czysta woda z gorskich strumieni.Jedynym problemem byl brak drzew. Dlatego Mahomet dal ogrodnikowi nasiona, aby posadzil lasy orzechowe, dajace cien i pozywienie przyszlym mieszkancom. Takie były legendarne początki Arslanbob.



Jest to duza wies u podnoza gor, 70 km na polnoc od Jalal Abad. Mieszkancami sa przede wszystkim Uzbecy, co widac w odmiennych rysach twarzy, olbrzymiej goscinnosci i zywo pielegnowanym islamie. Wies slynie przede wszystkim z najwiekszych na swiecie lasow orzechowych.



Inna stara legenda głosi, że w czasie podbojow Aleksandra Macedonskiego, gdy dotarl on do Arslanbob, tak zachwycil sie okolicznymi lasami, ze kazal zawiezc orzechy do Europy. Stad po dzis dzien w jezyku rosyjskim orzechy wloskie nazywane sa greckimi. Oczywiscie przynajmniej jedna z legend nie jest prawdziwa, chocby dlatego, ze Macedonski pojawilby sie kilka wiekow przed ogrodnikiem Mahometa, ale przyjmijmy, ze w każdej historii tkwi ziarnko prawdy. Bo lasy orzechowe wokół Arslanbob rzeczywiście są niezwykłe i przyciagajace uwage.


Las orzechowy. W wielu miejscach przez las poprowadzone sa ploty, poniewaz wszystkie fragmenty maja swoich wlascicieli, ktorzy w taki sposob wytoczyli wojne zlodziejom orzechow. Turysci na szczescie moga przechodzic miedzy plotami bez przeszkod i zawsze sa mile witani.

W Arslanbob poznaliśmy Polkę, Julię, z którą spędziliśmy dwa dni na wspólnych spacerach. A było gdzie wędrować!  Oprócz lasów warte zobaczenia są również dwa pięknie położone wodospady, punkty widokowe na klifach, już nie wspominając o bardziej wymagającym trekkingu po górach (na najwyższe szczyty juz tylko wspinaczka z linami).

Ta kubiczna, betonowo - kamienna  forma skrywa w sobie...
...toalete typowo azjatycka.

Wodospad. Nizszy ma wysokosc 23 m, wyzszy 80m. W nizszym mozna sie kapac, a jego bryza wspaniale orzezwia. Dojscie do wyzszego jest nieco bardziej wymagajace, a droga prowadzi mniej wiecej do polowy jego wysokosci. Aby dojsc do jego podnoza trzeba przedrzec sie przez waski kanion, czego Kuba nie omieszkal uczynic.



W Arslanbob jest wspaniale rozwiniety system noclegow u mieszkancow (Community Based Tourism - CBT), co pozwala im nieco dorobic, a turystom byc blizej codziennego zycia mieszkancow. Gospodarze ucza sie rowniez angielskiego i przystosowuja czesc swych domostw do potrzeb turystow (na przyklad u naszego gospodarza powstal prysznic ogrzewany grzalka jak do czajnika lub sloncem). Mysle, ze aby poczuc prawdziwy klimat tego miejsca, nie nalezy zbytnio odkladac przyjazdu tutaj na potem, bo kto wie, czy za kilkanascie lat Arslanbob nie zmieni sie w kirgijskie Zakopane?




Mieszkancy. Podstawowym srodkiem transportu sa tu Lady Nivy, konie i osiolki. Prawie kazdy na ulicy na nasz widok mowil hellooo. Najbardziej aktywne byly dzieci, ktorym czasem mieszalo sie hello i bye. Uwielbialy byc fotografowane i nieraz nas zaczepialy, abysmy zrobili im zdjecia. Julia pokazala nam, ze najwieksza radosc sprawia im, jak same moga zrobic zdjecie koledze/rodzenstwu.


Po trzech dniach w Raju Ogrodnika, poszliśmy polnymi drogami do nastepnej doliny.  Nie zdecydowaliśmy się na wyprawę w wyższe gory,  ponieważ wysoko noce są juz bardzo zimne. Ale wędrówka polami w czasie zbiorów była niesamowitym doznaniem!  Tutaj krajobraz najprawdopodobniej nie zmienił się od kilku wieków: pola, łąki, krowy, konie. Moze tylko szalasy osob pracujacych na polach zrobily sie bardziej "foliowe".





Podziwiajac niesamowity system rowow irygacyjnych zdalismy sobie sprawe, w jak duzym stopniu ludzkosc przyczynia sie do utrzymujacej sie zieleni pastwisk. Rowy, poprowadzone wzdłuż poziomic, malowniczo wija sie wsrod pagorkow. Zdarzylo sie nawet skrzyozwanie wodnych szlakow!



Na nastepne dwie noce rozbilismy biwak przy rzece, w dolinie, skad pasterze uszli juz przed zima. A wiec naszymi jedynymi towarzyszami byly wszedobylskie wolno pasace sie krowy.

Sielanke i plany pojscia w dol rzeki przerwalo nam zalamanie pogody. Slizgajac sie po blocie i straszac konie naszymi pelerynkami (wygladalismy niczym dwunozne dromadery) zeszlismy z powrotem do Arslanbob i pojechalismy do Jalal-Abad. A co tu robimy opiszemy nastepnym razem.

PORADNIK: Arslanbob
  • Dojazd: z dworca autobusowego w Osz okolo 13-14 jest marszrutka (koszt 200 somow czyli około 3$). Można też dojechać do Jalal-Abad lub Bazar-korgor skąd odchodzi więcej marszrutek
  • Noclegi: pokoje goscinne przez CBT koszt ok 450-500 somow ze sniadaniem; dodatkowo mozna zamowic obiad za 200 somow - warto, bo bardzo obfite i lokalne; nocleg u przypadkowo spotkanych mieszkancow 'na dywanie" lub z namiotem ok. 150 somow
  • CBT znajduje sie w centrum, ok 100 m od glownego placu w stronę gór; tablica informacyjna jest dosc zarosnieta, ale kazdy mieszkaniec wskaze droge.
  • Co warto zobaczyc (oprocz wyzej wymienionych): Jesli przyjechalibyscie na dluzej, warto wybrac sie na kilkudniowa wyprawe do Swietego Jeziora (Pętla na 3-4 dni z przejściem przez przełęcz 3700 m n.p.m.). Podobno ścieżkę trudno znaleźć i zalecana jest wedrowka z przewodnikiem (goraco polecane sa tu wedrowki na koniach, co chyba tez warto kiedys wyprobowac). CBT oferuje rowniez nauke gotowania, jazdy na osiolku itp.
P. S. Przypominamy o prowadzonej przez nas akcji Pocztówka z podróży!

czwartek, 24 września 2015

Akcja POCZTÓWKA Z PODRÓŻY

UPDATE: W związku ze zmianą naszych planów, pocztówki które mieliśmy wysłać z Indonezji wyślemy z Australii.

Chcielibyśmy, żeby z naszej podróży wynikło coś dobrego nie tylko dla nas, ale też dla innych i zainspirowani akcją POCZTÓWKA Z PODRÓŻY na blogu plecakwspomnien.eu postanowiliśmy przeprowadzić podobną.


Na czym to polega? Przelewacie nam na konto minimum 20 złotych, my wysyłamy wam kartkę z jednego z odwiedzanych przez nas krajów (Kazachstan, Tajlandia, Malezja lub Australia, co kosztuje około 5 złotych, a resztę przekazujemy Fundacji Jagoda, która wspiera osoby, które uległy poparzeniom.
Tutaj możecie zapoznać się z regulaminem i poznać szczegóły akcji.
Bardzo was zachęcamy do wzięcia udziału, bo to fajnie jest dostać taką pocztówkę, a jak do tego jeszcze się komuś pomaga to już w ogóle super.

sobota, 12 września 2015

Jakie plany w Kirgistanie

Nasze plany podrozy po kirgijskim Tien-shanie zostaly nieoczekiwanie zmienione tuż przed podróżą. A to wszystko za sprawą Najfajniejszych-Kumpli-Na-Swiecie Kuby, którzy, żegnając się z nami na dworcu we Wrocławiu wręczyli nam kartkę:
Twórczość Bodzia
I prezent. Otrzymaliśmy lot w dwie strony Biszkek-Osz-Biszkek nad szczytami Tien-shanu. (A te szczyty to nie byle jakie, bo są tu nawet siedmiotysieczniki). Chcielibyśmy oficjalnie podziękować sponsorom naszej wyprawy: Bodziowi, Jaskowi, Trosce i Kotulowi.

Nakreślilismy orientacyjny plan naszej podroży po Kirgistanie:
Punkt 1 i 2 mamy już za sobą, jutro lecimy do Osz, gdzie spędzimy kilka dni. Liczymy na obejrzenie zabytków,  bo to miasto posiada dłuższą historię niż Biszkek, Almaty i Astana razem wzięte. W przyszłą sobotę czeka nas ponowny przelot nad Tien-shanem.  Tym razem zatrzymamy się w okolicach Biszkeku na dobre,  ponieważ będziemy próbowali uzyskać wizę do Chin,  a to dość skomplikowana sprawa. W międzyczasie pochodzimy po okolicznych górach. Później planujemy pojechać nad południowe brzegi jeziora Issyk-kul, aby sprawdzić, czy temperatura wody pozwala jeszcze na kąpiele. Następnie udamy się do Karakolu, popularnego miejsca startowego na górskie wędrówki. Potem wrócimy do Kazachstanu,  ponieważ chcielibyśmy zobaczyć jeszcze kilka miejsc t.j. jezioro Kajyngdy z podwodnym lasem,  Kanion Szarynski, będący mniejszą wersją Kanionu Kolorado oraz śpiewające wydmy na pustyni. Zobaczymy, jak nam pójdzie,  ponieważ trudno dotrzeć do tych miejsc bez samochodu.
Tak mniej więcej przedstawia się plan na najbliższy miesiąc.  Dalszy kierunek podróży zależy od chińskiego konsula :)

Tuyuk-Su: pierwsze przymrozki, pierwszy przepis i pierwszy poradnik

Przepraszamy za brak polskich znakow, ale kirgizka kafejka...
Ten wpis powstawal rownolegle z wpisem Ani o Almaty i Biszkeku, wiec chronologia jest nieco zaburzona. 

We wtorek ucieklismy z Almaty w gory do doliny Tuyuk-Su w Parku Narodowym Ile-Alatau polozonym ledwie kilka kilometrow na poludnie od dawnej stolicy Kazachstanu. Pewnie powinienem napisac nie gory, tylko pagorki (tak nasz przekonywali w Biszkeku "Ile-Alatau? To musicie prawdziwy Tien Szan zobaczyc!"), ale na nas siegajace 4 i pol kilometra szczyty pokryte lodowcami robily wrazenie. (Na końcu znajdziecie kilka informacji praktycznych o trekkingu w dolinie Tuyuk-Su)
Pierwszy dzien w gorach spedzilismy w zasadzie na "docieraniu" do nich. Kolo poludnia wystartowalismy spod toru lyzwiarskiego w Medeu (polozony na wysokosci 1691 metrow jest najwyzej polozonym torem lyzwiarskim na swiecie, link) i poniewaz jestesmy strasznymi sknerami to pozalowalismy 2000 tenge (ok. 7,5$) za osobe na wjazd kolejka i musielismy poginac prawie 10 km w pelnym sloncu asfaltem do gornej stacji kolejki. Wczlapalismy tam zupelnie wymeczeni (20 kg na plecach i brak kondycji robi swoje) i nie pierwszej swiezosci, a tu do okola nas almatska smietanka w eleganckich garniturach posilajaca sie w jednej z najdrozszych restauracji w promieniu 500 km. Dziwnie na nas patrzyli. Stamtad juz na szczescie nie asfaltem, tylko szutrowa droga wdrapalismy sie jeszcze kilka kilometrow i rozbilismy namiot obok bazy alpinistow. Alpinisci byli na tyle mili, ze poczestowali nas herbata i pozwolili korzystac z ich wychodka. Poznalismy tam tez bardzo sympatycznego Bialorusina, ktory powiedzial nam troche o tym gdzie jestesmy i gdzie mozemy pojsc (super przydatna rzecz w momencie gdy wie sie tylko, ze pojechalo sie w gory i ze pod gore to w poludniowa strone - w Almaty nigdzie nie udalo nam sie ani skrawka mapy trekingowej znalezc). W gorach nikt nikomu sie nie przedstawial, tylko od razu zaczynal mila pogawedke, wiec niestety nawet nie wiemy jak sie nasz Bialorusin nazywal.
Drugiego dnia odwazylismy sie wylezc ze spiworow dopiero po 10 gdy slonce juz zdazylo porzadnie zajrzec do doliny i ogrzac wszystko po bardzo zimnej nocy. Na poczatek zrobilismy sobie krotki spacer na lekko i juz przed 14 zwinelismy nasz "oboz" i ruszylismy w dalsza wedrowke. Dopiero teraz (na wysokosci nieco wiekszej niz maksimum tego na co da sie wejsc w Polsce), po minieciu jeszcze jednego luksusowego hotelu, zaczely sie prawdziwe gory.
Prawdziwe gory.
Malowidla naskalne.
Po trzech godzinach wedrowki osiagnelismy drugi oboz alpinistow (na wysokosci 3100 metrow) i postanowilismy sie tam rozbic. Chcielismy jeszcze przez jakis czas powylegiwac sie na lace, ale po 20 minutach slonce schowalo sie za gorami i dopadl nas lodowaty chlod.
Ania w nierownej walce z lodowatym powietrzem.
Wtedy z pomoca ponownie przyszli przemili ludzie gor, ktorzy zaprosili nas do swojego wielkiego namiotu i ugoscili goraca herbata oraz (mimo naszych protestow) obiadem. Po obiedzie probowali jeszcze nauczyc nas chodzenia po slacku, a gdy sie wieczorem zegnalismy, powiedzieli, ze gdybysmy w nocy zamarzali, to mozemy wziac z ich skladziku cieple spiwory. Przemili ludzie!
Baza alpinistow, a w tle swiatla Almaty.
Noc faktycznie byla koszmarnie zimna. Juz kolo 20 caly nasz namiot byl pokryty szronem, a szybka powtorka z przyrody w podstawowce (w Almaty zapowiadali 10 stopni w nocy, jestesmy 2500 metrow nad Almaty, a temperatura spada 0,7 stopnia na 100 metrow) sugerowala temperature gleboko ponizej zera. Mimo to, zawinieci we wszystkie ubrania jakie mielismy, przetrwalismy noc we wlasnych, bardziej jesiennych, niz zimowych, spiworach i nastepnego dnia, gdy tylko slonce przywrocilo chec do zycia, bylismy gotowi piac sie wyzej w gory. Najpierw jednak trzeba się było posilić i przy tej okazji powstał nasz pierwszy filmik kulinarny.
Tak, przekrecilem nazwe doliny. A prawdziwe azjatyckie przepisy juz zdobywamy.
Po sycacym posilku ruszylismy dalej na lekko. Udalo nam sie dotrzec do lodowca na wysokosci okolo 3500 m n.p.m, skad musielismy zawrocic, bo w planach mielismy zwiac tego samego dnia gdzies nizej, gdzie noce beda mniejszym wyzwaniem.




Swiezutka morena czolowa.
Z pozdrowieniami dla Patrycji i Jaska.
Gonieni wizja szczekania z zimna w oszronionym namiocie zbieglismy wieczorem az do Medeu, gdzie znalezlismy przytulny nocleg w krzakach obok drogi. Nastepnego dnia rano ruszylismy do Biszkeku, ale o tym mozecie przeczytac w wpisie Ani.
Widzicie ten biały szczyt na końcu zdjęcia? W poludnie bylismy pod nim, a teraz jesteśmy tutaj (w Shymbulak)

PORADNIK: trekking w dolinie Tuyuk-Su
  • Tuyuk-Su to dolina w gorach na poludnie od Almaty. Wspina sie na ponad 3000 m n.p.m.
  • Dojazd: marszrutka nr 12 ze skrzyżowania Dostyk i Kurmangazy (na przeciwko hotelu Kazakhstan) do przystanku końcowego pod stadionem Medeu, cena: 80 KZT (~0,3$). Dalej pieszo, kolejka linowa (2000 KZT~7,5$) lub taksowka (nie znamy ceny)
  • Kolejka i taksa dojeżdżają do Shymbulak, gdzie jest droga restauracja, ale jest tez WiFi bez hasla i sklep turystyczny, w którym nie ma map, ale pani mówi po angielsku, jest pomocna i można zostawić jej kontakt do siebie i przewidywany czas powrotu (na wypadek wypadku)
  • Na 2450 i 3100 m n.p.m. są bazy alpinistow, z ktorymi mozna pogadać i napić się herbaty (chyba jest też baza na 3500, ale my poszliśmy w innym kierunku wiec nie wiemy jak tam jest)
  • Można zrobić dwie wycieczki po kilka godzin: do lodowca i do jeziora
  • Woda z rzeki jest pitna bez przegotowania



Spotkanie z Azja

Na sam poczatek wpisu przepraszamy, ze nie uzywamy polskich znakow, ale w warunkach kirgijskiej kafejki internetowej nie jest to mozliwe.
W tym wpisie opisane sa nasze wizyty w miastach, pomiedzy ktorymi zdazylismy jeszcze uciec w gory, co jest zawarte w osobnym wpisie.

Nasza podroz rozpoczela sie w Almaty - bylej stolicy Kazachstanu. Jak wiekszosc postsowieckich miast, jest to betonowy swiat szerokich ulic, blokowisk, zgielku, chaotycznych reklam, poteznych placow i skwerkow. Taki sam krajobraz zastalismy w Biszkeku (stolicy Kirgistanu), dlatego oba miasta opiszemy rownoczesnie. Wedrowcy nie powinni nastawiac sie na ogladanie zabytkow, poniewaz te miasta sa stosunkowo mlode, ich historia siega zaledwie XIXw. Zostaly w wiekszosci uksztaltowane w czasach radzieckich. Wzdloz ulic i w parkach ciagna sie otwarte systemy irygacyjne, dzieki ktorym udalo sie urbanistom wydrzec fragment zielonej ziemi spieczonym stepom. Socrealizm w azjatyckiej odslonie rozni sie od dobrze nam znanych polskich przykladow. Prawie kazdy budynek ozdobiony jest geometrycznymi ornamentami.







Zarowno w Biszkeku, jak i w Almaty nad ogolnym chaosem, spiekota i zgielkiem goruja osniezone szczyty Tien-shanu.
Kuba i Muzeum Narodowe w Almaty w tle.
Biletomat w kazachskim autobusie. Maszyna odmowila wspolpracy z pasazerami, nie pomogla nawet stara radziecka metoda na kopniecie zelastwa. Zirytowany kierowca wzamian za oplate dal nam oderwany pusty fragment papieru paragonowego. Jak sie z czasem okazalo, taka forma biletu jest oficjalnie uznawana i wazna Almaty.
Nowiutkie metro w Almaty, druga linia w budowie, Warszawa moze pozazdroscic.
Na targu okazje znajdziesz na kazdym kroku.
Na dworze spiekota i zar palacego slonca, a po wejsciu do galerii handlowej w Biszkeku przywitalo nas lodowisko, swiateczne dekoracje i “Last Christmas”. Lodowisko dostepne jest przez caly rok. A piosenki i dekoracje swiateczne tak przy okazji, bo pasuja do lyzew.
Film z placu Ala-Too w Biszkeku. Zaciekawilo nas, jaki to napoj sprzedaja babuszki na kazdym rogu ulicy, postanowilismy go wiec sprobowac...
Na koniec opowiemy jeszcze o naszej probie lapania stopa z Almaty do Biszkeku. Wszystko zaczelo sie zgodnie z planem:  wyjechalismy autobusem na przedmiescia, zaczelismy lapac, zatrzymywalo sie sporo kierowcow, ale gdy dowiadywali sie ze “kapusta pusta” (transport za free), bez zalu odjezadzali. Sytuacja skomplikowala sie, gdy zatrzymalismy przemilego Kazacha, ktory powiedzial, ze moze podwiezc nas tylko kawalek, ale byl bardzo przejety naszym losem. Zatrzymal sie przy stacji autobusow, po czym poszedl naradzic sie z innymi Kazachami. Gdy okazalo sie ze nie ma stamtad autobusow do Biszkeku, wbrew naszym silnym protestom, wcisneli nam potwornie duzo pieniedzy na transport i odwiezli z powrotem na postoj taksowek. Na postoju oczywiscie obskoczylo nas pelno taksowkarzy (w Azji sa na prawde napastliwi), z jednym dobilismy targu i zostalismy odprowadzeni do taksowki. Gdy taksowkarz znalazl jeszcze dwoch innych pasazerow, ruszylismy. Kilka kilometrow dalej zazyczyl sobie od nas oplaty. Zaczelismy sie klocic lamanym rosyjskim, mowiac, ze juz przeciez placilismy temu, ktory nas do tej taksowki skierowal. Ostatecznie taksowkarz odwiozl nas z powrotem. Juz po raz trzeci znalezlismy sie w tym samym miejscu. Okazalo sie, ze dobilismy targu z innym taksowkarzem, ktory zniknal z pieniedzmi. W ten sposob w ciagu kilkunastu minut doswiadczylismy ogromnej hojnosci i dobroci Kazachow i zostalismy ostrzezeni, aby w Azji na kazdym kroku miec sie na bacznosci. Ostatecznie zarzucilismy podroz autostopem i pojechalismy marszrutka. I tak jeszcze zostalo z tego, co Dobry Kazach nam ofiarowal.